Aktualności

07.12.2010 - 20:06

Trzy dni na wodzie

Od czasu do czasu nachodzi mnie chęć spróbowania czegoś nowego, także w wędkarstwie, niestety nie zważam wtedy na pogodę. Chęć sprawdzenia czegoś nowego jest większa od perspektywy zmarznięcia. Tak było i tym razem, zamiast łowić w miejscach od lat mi znanych, łowiskach w których nie brakuje pięknych szczupaków, lub siedzieć przed telewizorem w ciepłym domu, ja postanowiłem troszkę poszperać w okolicznym jeziorku. Pogoda nie rozpieszczała, okolice -10 w nocy i 2 stopnie w plusie przez trzy godziny południa- oczywiście jeśli było słonecznie :-D 

Plan był prosty, wytypowałem według mapy kilka potencjalnych miejsc w których mogłyby być szczupaki. Miejsca charakteryzowały się dużą głębokością (10-20m). Metoda to trolling z dociążeniem. Tylko tak mogłem trzymać ręce bezpiecznie w grubych rękawicach, wystarczyło zarzucić wędki i umieścić je w uchwytach.

Pierwszego dnia jadę na łowisko około godziny, drogi są tak oblodzone, że prędkość maksymalna to 30-40km/h. Po zwodowaniu łodzi udaje się w pierwsze wytypowane miejsce, wolny spadek z 10 na 15m, sporo ryb przyklejonych do dna, wygląda to obiecująco. Po godzinie trollingowania jest pierwsze branie, ryba nie jest duża około 70cm.

Szybko ustawiam wędki na nowo i patroluje okolice, przez następne dwie godziny doławiam jeszcze trzy ryby podobnej wielkości, nie zacinam dwa brania i wszystko ustaje, cisza, przepływam około czterech kilometrów na kolejne wytypowane miejsce, blat o głębokości 10-12m, ryb na sądzie wyraźnie mniej jak w poprzedniej miejscówce. Po dwóch godzinach pierwsze i jedyne porządne branie tego dnia z tej mety, ryba przyzwoita około 85cm

Odhaczam ją bez wyjmowania z wody i do roboty, niestety do wieczora mam tylko dwa delikatne brania, ale ryby się nie zacinają. Wracam do domu, siedzę troszkę nad mapą jeziora, analizuję dzisiejszy dzień i ustalam plan działania na jutro. Postanawiam skupić się w pierwszym miejscu i przeszukać je dokładniej. Rano ponownie kłopoty na drodze, ale po 1.5 godz. jestem już na miejscówce, niestety kilku godzinne obławianie tego obszaru i kilku innych przynosi efekt w postaci jednej ryby około 75cm.

Ogarnia mnie zwątpienie, zamiast pojechać na sprawdzone mety, to ja tu czegoś szukam, marznę itd. Jutro postanawiam dać sobie spokój i posiedzieć w domu, jednak w drodze powrotnej czuje, że wszystko we mnie buzuje. Nie lubię przegrywać, a to ryby pokazały mi gdzie jest moje miejsce w szeregu. W głowie mam różne myśli, przecież te ryby powinny tam być, jest białoryb, temperatura wody ok. itd. One muszą gdzieś TAM być! Oczywiście o poranku budzę się jakiś nie spokojny, zaglądam za okno, nic się nie zmieniło- zimno, szaro i ponuro. 
Nie wytrzymuje, spoglądam na łódkę, nawet jej wczoraj nie odpiąłem od samochodu. Cóż, śniadanie i dalej nad wodę. Na skrzyżowaniu chwila zastanowienia, jechać na miejsce wczorajszej porażki, czy na stare sprawdzone mety, gdzie na pewno coś ładnego się trafi. 
Nie wiem czemu ale wybieram pierwszą opcję. Tłumaczę to sobie w głowie, to trzeci dzień, wiem już więcej, to musi zaprocentować! Po dopłynięciu na łowisko nie chętnie rozkładam wędki, zeszło ze mnie powietrze, entuzjazm gdzieś znikł, pewno wywiał go zimny wiatr :-) Kilka godzin bez najmniejszego dotyku, jestem zły na siebie, postanawiam zakończyć wędkowanie. 
W drodze do samochodu, szalony pomysł, a może by tak w to miejsce z pierwszego dnia, tam gdzie miałem te delikatne brania, tylko po co? Waham się chwile i zmieniam kurs, postanawiam jeszcze godzinkę tam spróbować, tak dla świętego spokoju. 
Już w pierwszym napłynięciu mam branie, czuje, że ryba spora, po chwili ląduje w podbieraku, jest niezła w pięknej kondycji - 103cm

Dostaje niezły zastrzyk adrenaliny, robi mi się cieplej, szybko stawiam wędki i po 15 minutach kolejne branie, ryba ma równy metr długości.

Jest nieźle, myślę w głowie, mam was! 
Po paru minutach kolejne branie i piękna ryba spada podczas holu :-( ale nic to bo za chwile walczę z następna, ta ma 97cm.

Doławiam jeszcze 95cm i postanawiam kończyć. Robi się późno, a ja mam jeszcze kilka kilometrów do auta. Jeszcze tylko wpis w GPSa - META GRUDZIEŃ. Jestem szczęśliwy, ostatecznie to ja im pokazałem kto jest górą! 8-) 

Do góry